31.03.2026, 08:24 | czytano: 688

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Plecaki dryfowały w Dunajcu"

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Plecaki dryfowały w Dunajcu".
Crime story _ Plecaki dryfowały w Dunajcu
(Fantástico Chico Blanco)
W lutym 2004 roku nasza ukochana Polska gorączkowo szykowała się do wejścia w szeregi Unii Europejskiej niczym panna młoda, która nie do końca wie, czy wyjdzie za bogatego lorda, czy za bogatego komornika. Tak czy owak liczyła na spore profity. W Nowym Targu, gdzie od niepamiętnych czasów smog ma konsystencję gęstego budyniu, a powietrze gryzie w płuca bardziej niż domowa gorzała, Brygida i Karol świętowali. Właśnie podpisali u notariusza papiery na własne mieszkanie. Tak więc kawa wypita, pieczątki przybite, podpisy złożone, czas na szampana. Europa drży przed polskim hydraulikiem, jednak nikt nie drżał tak mocno jak podłoga w bloku na Skarpie, do którego właśnie wprowadzali się małżonkowie. Niebo pobłogosławiło ten moment epicką śnieżycą, która mało co nie doprowadziła do zawalenia pobliskiego mostu kolejowego. On w euforii dzwonił do znajomych, ona z mistrzowską wprawą udawała radość. Gdyby Karol miał pod ręką listę wierzycieli, pewnie z tej radości zadzwoniłby i do nich, żeby ich uściskać.

Następnego dnia Karol wyparował. Jakby ktoś go przypadkiem wygumkował z krajobrazu. Po prostu puff. Żadnej kartki na lodówce, żadnego wychodzę na fajkę czy czegoś w tym stylu. Żeby tak z tym zniknięciem zaczekał chociaż kilka dni... Ale nie, musiał teraz. Atmosfera w nowym mieszkaniu stała się nagle tak gęsta jak klej do podeszew, bo Karol zniknął bez słowa gdzieś w śnieżnej toni Podhala.

Jakiś czas później flisacy w Sromowcach Niżnych, zamiast wypatrywać turystów z grubymi portfelami, zauważyli w lodowatej wodzie Dunajca dryfujący zielony plecak. Wyglądał, jakby płynął na zimowy spływ integracyjny, tyle że pasażer był w kawałkach. W środku znaleziono ludzkie nogi. Słowem, rzadki okaz turystycznej fauny, którego nie opisują w przewodnikach po Pieninach. I tak zaczęła się jedna z najbardziej surrealistycznych historii, jakie Nowy Targ widział od czasów, gdy kożuchy sprzedawano tam po czarnym kursie dolara. Jeden z legendarnych flisaków podsumował to krótko: "Nogi były w niezłym stanie, ino jakieś takie mokre". Policjanci natomiast zrozumieli, że szykuje się śledztwo, o którym nawet nie śnili.

Pani od butów, co potrafiła czynić cuda, Brygida, rocznik ?64, była w Nowym Targu aniołem od obuwia. Miała duszę czystą jak świeżo polakierowane buty i serce szewca, które biło w rytmie naprawy jakości życia, począwszy od stóp. W nowotarskim kombinacie obuwniczym traktowano ją jak bóstwo. Buty spod jej ręki były tak wygodne, że klientom groziło uzależnienie. Potrafiła zreperować wiarę w sens istnienia i skonstruować doskonałe czółenka za jednym zamachem. Wszyscy konstruktorzy płci męskiej, daliby się zabić albo przynajmniej okaleczyć, za chociażby część jej talentu.

Karol, rówieśnik Brygidy, był kuśnierzem z ambicjami, ale bez własnego zakładu. Miał już na koncie nieudane małżeństwo z Jolką, córką ratownika WOPR - kobietą, która podobno potrafiła wyłowić narciarza, zanim ten w ogóle pomyślał o wpadnięciu do górskiego jeziora, byleby tylko miał przy sobie kasę. W Brygidzie Karol miał odnaleźć ideał. Zmysłowa, mądra i, co kluczowe w tym regionie, również z branży skórzanej.

Ślub wzięli w 1993 roku. Rok później na świat przyszedł syn, Arnold, ochrzczony tak na cześć "elektronicznego mordulca" tego z kina. Sielanka trwała do momentu, gdy Karol odkrył dwie swoje wielkie pasje: chorobliwą kontrolę nad otoczeniem oraz wizyty u bardzo drogich pań w Zakopanem. Równowaga domowa zaczęła kołysać się jak most linowy nad górską przepaścią.

W 1997 roku w kombinacie pojawił się Wacek. Młody konstruktor świeżo po studiach w Radomiu, stylowy jak włoskie mokasyny i pewny siebie jak mediolański kreator mody. Mówił o sobie, że jest stylistą obuwia a nie konstruktorem. Brygida zadłużyła się w nim po samiusieńkie obcasy. On w niej również. Oboje żonaci, ale co tam, w fabryce i tak wszystko było klejone butaprenem albo jakimś termoplastykiem, więc uczucie trzymało dosyć mocno. Dwa lata ukrywanych nieziemskich rozkoszy na szerokich kamiennych parapetach kombinatu i między półkami z filcem lub podeszwami. Romans kwitł jak paprotka w fabrycznej stołówce. Wacek obiecywał wszystko, prócz rozwodu, zaś Brygida wierzyła we wszystko, prócz własnej intuicji. Problem w tym, że ona chciała oficjalnego "my", a Wacek preferował układ "wpadnę na chwilę na szybkie pitygryli". Cóż, anioły też mają swoje słabości. Słabością Brygidy był właśnie Wacek. Karol natomiast przestał być kimkolwiek ważnym w jej życiu. Generalnie sam zaprogramował się na cykl "wszystko mnie wkurza, a te dziwki pod Giewontem strasznie zdrożały". Sytuacja niemal idealna na finał greckiej tragedii, tyle że obsada chodziła w lepszych butach. Ni stąd, ni zowąd Karol postanowił kupić mieszkanie. Brygida pomyślała trzeźwo, lepiej wpakować kasę w cegłę niż w panienki z Zakopanego. Ale wspólny kredyt to pętla na szyi, zwłaszcza gdy planuje się ewakuację. Czy myślała o rozwodzie? Teoretycznie tak. W praktyce myślała również o pile i plecakach.

28 lutego 2004 roku mieli już klucze i pozornie bardzo dobrą aurę. Karol wykonał kilka telefonów i zniknął tak starannie, jakby ktoś go wyciął z rzeczywistości nożyczkami do papieru. Rozpłynął się w powietrzu albo w łazience, zależy kogo spytać. Jego czerwony Fiat Uno objawił się w Zakopanem po północy nocy, jakby auto samo pojechało pod Krupówki szukać wrażeń. Ludzie widzieli już różne rzeczy, oscypka w tiramisu czy turystę w klapkach w drodze na Giewont, ale Fiat Uno podróżujący bez kierowcy to była prawdziwa nowość. Brygida jako wzorowa małżonka, za dnia błyskawicznie pobiegła do sądu po zakaz zbliżania się dla męża. Twierdziła, że zrobił awanturę, poszarpał ją a następnie wyszedł z walizką. Nawet sędzia poczuł, że ten scenariusz się nie klei, ale papiery były wypełnione wzorowo.
Mijały dni. 5 marca flisacy wyłowili nogi. 11 marca wypłynął tułów z głową, sekcja wykazała trzy dziury po kulach. 16 marca w trzecim plecaczku odnalazły się ręce. Uroczy komplet turystyczny dla psychopatów. W środku znaleziono też kozią skórę i taśmę modelarską z kombinatu. Dziwnym trafem identyczną partię, jaką pobrała z magazynu Brygida. Na taśmie znaleziono też ślady włosów, nie zgadniecie czyich.

Brygida została prawdziwą gwiazdą śledztwa. Okazało się bowiem, że w bibliotece, cichcem, żeby nie budzić edukujących się studentów, przeszukiwała raczkujący Internet pod kątem trucizn, czarnego rynku broni i dawek insuliny posiłkując się przy tym prawdziwymi książkami. Ostatecznie dowiedziono jej bez trudu, że kupiła w Krakowie pistolet P-64, a po zbrodni wysyłała anonimy do prokuratury, sugerując, że zabójcą jest... prawdopodobnie sam nieboszczyk. Policja miała wrażenie, że trafiła szóstkę w kryminalnym lotto. W 2009 roku ruszył proces, który trwał niemal tak długo, jak budowa tęczowego mostu w Białym Dunajcu. Prokurator, mały łysiejący i niezbyt uroczo jąkający się człowieczek z niskim poczuciem własnej wartości, punktował Brygidę bez litości. Broń, plecaki, kozia skóra, taśma, romans. Obrońca twierdził, że Brygida jest zbyt drobna, by pociąć 110-kilogramowego silnego chłopa piłą do drewna w łazience. Sąd był jednak innego zdania. 23 kwietnia 2012 roku zapadł wyrok 25-ciu lat. Warunkowe zwolnienie? Może w wieku, w którym buty nie będą jej już potrzebne.

Bilans zysków i strat? Przystojnemu Wackowi życie rozprysło się jak kryształ upuszczony na beton. Został bez żony, bez reputacji i z romantyzmem, który wyparował szybciej niż klej do butów na linii montażowej. Uciekł z Nowego Targu. Syn Brygidy, Arnold w 2020 roku odciął się od matki na dobre. Internet zaś ochrzcił Brygidę "Plecakową Kilerką". Powstał nawet o niej film, bardzo słabiutki, gdzie najlepiej wypadły drogie plecaki, dar od sponsorów. Czy zabiła dla mieszkania? Dla świętego spokoju? Czy może dlatego, że rozwód wydawał się trudniejszy niż zimowe wejście na Mount Everest? Tego nie wiemy. Wiemy jedno. Ludzkie życie czasem bywa jak buty. Uwiera, trzeszczy i obciera do aż do krwi. Ale zamiast je ćwiartować i upychać w plecaki, lepiej iść do dobrego szewca i je naprawić. W przeciwnym razie sekrety i tak wypłyną na wierzch, dokładnie tak, jak te zielone plecaki w Sromowcach Niżnych.

P.S. Dunajec ma dobrą pamięć do źle zapakowanych przesyłek.

***

W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl