Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "O Margaricie, która zjeżdżała z góry na nartach".
O Margaricie, która zjeżdżała z góry na nartach/ Fantastico Chico Blanco/Dedykuję niniejszą opowieść odległemu pierwowzorowi oraz inicjatorom tego szalonego pomysłu. Jednakowoż wyjaśniam, że wszystkie postacie, przestawione w opowiadaniu są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.
Narty to sport indywidualnej odpowiedzialności, a może i zbiorowej winy. To zapewne kwestia spojrzenia. W opisywanym przypadku narty są bardziej zabawą niż sportem, ale niektórzy o tym nie wiedzą. Ludziska przyczepiają dwie deski do nóg i udają, że panują nad tym co wyczyniają i do tego myślą, że są sportowcami. Do takiego myślenia przekonali koledzy koleżankę z pracy, pewną znaną i lubianą contessę kanapową.
Margarita, bo tak miała na imię, wiedziała o tym, to jest o nartach bardzo niewiele, ale wystarczająco dużo, by się nie zgodzić. A jednak. Dla przykładu kiedyś zgodnie z panującą modą, kupiła sobie rower eklektyczny i nawet raz nim jeździła, ale po upadku odstawiła go na wieczny spoczynek do przydomowej komórki. Teraz jedynie uważa na akumulator, żeby nie spowodował samozapłonu.
Wróćmy jednak do chwili obecnej. Nie była narciarką. Była kobietą dojrzałą, rozkoszną sześćdziesiątką o spojrzeniu kogoś, kto wie, że świat nie raz już ją oszukał, więc teraz ona, kiedy się tylko da, oszukuje świat. Zdecydowanie bardziej pasuje jej chłodny drink z parasolką, miękka azjatycka plaża w słonecznym żarze i opalony kelner, który nie zadaje zbędnych pytań, niż biała pochylnia śmierci zwana stokiem narciarskim.
- Margarita, naucz się wreszcie jeździć na nartach! - mówili ze śmiechem młodsi koledzy w pracy, ludzie o kolanach, jeszcze żyjących w obłokach. - To świetna zabawa! Wolność! Prędkość! Śnieg! Szaleństwo!
- Śnieg to ja co najwyżej lubię w lodówce i też nie na pewno, bo to oznacza, że kiedyś przychodzi czas jej rozmrażania a tego nie cierpię - odpowiadała spokojnie, popijając kawę. - A wolność na stoku może skończyć się tam, gdzie zaczyna się gips chirurgiczny.
I wyglądało na to, że nie da się sprowokować. Ale oni mówili dalej. Cisnęli intensywnie, niemal chóralnie, z tą bezkrytyczną wiarą, że każdy problem da się rozwiązać sposobem. W końcu Margarita, sprowokowana niczym samotna dama na balu, która zasadniczo nie chce tańczyć, a jednak pod wpływem nacisku na honor, wstaje i tańczy.
- Przecież ja umiem jeździć. Kiedyś jeździłam. Tata puszczał mnie z górki na osiedlu między blokami. Bez kijków i żyję.
Zapadła cisza. To je to samo, pomyśleli koledzy. Ale nie było odwrotu. Jak tu teraz jej powiedzieć, że to był tylko żart? Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Brnijmy więc w to dalej. Margarita przed startem dobrze wyszorowała zęby nową szczoteczką soniczną, żeby mieć bielszy i pięknie pachnący uśmiech, przecież wszyscy będą robić jej foty. Wcześniej na maleńkim ekranie szczoteczki sprawdziła pogodę, miało być pięknie i mroźnie.
W Nowym Targu, na Długiej Polanie, gdzie historia miała się za chwilę wydarzyć, los zanotował następujące zdanie: śnieg był zdradliwy, zmrożony po wierzchu, jak ciasto, które udaje tort, a jednak jest betonem. Margarita miała jedynie zjeżdżać na nartach z niewielkiej góry, ale znaczenie tego zjazdu można było porównać do suborbitalnej podróży w kosmos organizowanej przez Virgin Galactic albo Blue Origin lub orbitalnej, organizowanej przez SpaceX. Jak zawsze ubrana w strój oversize w barwach dzikiego kota i innych leśnych stworzeń, stała u góry stoku i patrzyła w dół z godnością osoby, która właśnie popełniała życiowy błąd, ale nie zamierzała się do tego przyznać, a już na pewno wycofać.
- A czym się właściwie smaruje narty? - zapytała zachowując niezmącony ton.
- Smarem! - krzyknął ktoś z tłumu, bezlitośnie szydząc.
- To ja mam coś co się przyda - powiedziała i wyciągnęła z plecaczka olej z sardynek w maleńkim słoiczku po kremie na zmarszczki.
Zwierzęta w zagajniku wzdłuż Długiej Polany zastygły w bezruchu. Natura wyczaiła, że zaraz coś się wydarzy.
- Margarita... - próbował nieśmiało jeden z kolegów, mając nadzieję na ostatnią dla niej szansę. - Proszę cię...
Ale ona przerwała i nie pozwoliła mu dokończyć. Jakby wiedziała co chciał powiedzieć albo nie wyłapała w jego tonie troski, wprawdzie mocno spóźnionej, ale jednak.
- Sardynka to też ryba a ryba się dobrze ślizga. - Rzekła twardo chociaż całkiem od rzeczy.
I ruszyła. Na dole stali pozostali koledzy podchmieleni kolejnymi kuflami piwa i patrzyli w górę, jak się patrzy na zbliżającą się burzę albo na cudze nieszczęście, które jeszcze nie wie, że tym nieszczęściem jest.
- Diabeł by ją dogonił - odparł drugi i pociągnął łyk z kufla. - Ona raczej ucieka przed zdrowym rozsądkiem.
Margarita zjeżdżała. A raczej, była zjeżdżana przez stok. Narty żyły własnym życiem, wyrywając się do przodu jak dzikie koty. Skręty przypominały próby wyplatania się mumii z bandaży. Jakby zmartwychwstawała. Jechała bez trzymanki, bo trzymanki nie było, zaś godność została pogrzebana na górnej stacji.
- Hamuj! - krzyczeli, ale gdzie tam, nie było szans.
Nagle pojawił się inny, równie jak ona nieobyty narciarz. Wyrósł przed nią jak mroczne poczucie winy, niepokój moralny i rozdarcie wewnętrzne razem wzięte. Zjeżdżał w poprzek, zagrażając pozostałym użytkownikom stoku. Margarita nie zdążyła się odwrócić, nie zdążyła nawet pomyśleć. Nastąpiło coś, co później określono saltem metafizycznym. Narty oderwały się od ziemi i cały świat obrócił się kilka razy, zaś Margarita przecięła powietrze z godnością drewnianej komody wyrzuconej przez okno z drugiego piętra. Następnie wyrżnęła plecami, a potem sponiewierała w lodzie twarz. Gdy do niej dobiegli, leżała spokojnie. Gębę miała w śniegu, jakby postanowiła sprawdzić jego działanie terapeutyczne. Narty były dziwnie rozjechane na boki, a nogi w pozycjach, które ortopedia zna tylko z koszmarów. Nie krzyczała, jeszcze nie wiedziała co się stało. Działała adrenalina.
- Margarita...? - zapytał ktoś niepewnie.
Podniosła głowę. Wyglądała, jakby przegrała walkę z lodowiskiem.
- Chwała Ci Panie, żyje. - Szepnął ktoś na tyle głośno, że wszyscy z ulgą wypuścili w płuc wstrzymywane powietrze.
- Wiecie co? - powiedziała zamroczona. - Na plaży się tak nie dzieje.
W szpitalu obie nogi zabetonowano w ortopedycznym plastiku na miesiąc. Dobrze, że obeszło się grotów Kirchnera i innych chirurgicznych precjozów. Twarz dochodziła do siebie wolniej, jakby była bardziej urażona. Koledzy przyszli z kwiatami i potężną winą, z którą nie bardzo wiedzieli, co zrobić.
- Przepraszamy - chóralnie wyszeptali.
- Spokojnie - odparła Margarita. - Najgorsze w tym wszystkim jest to, że miałam rację i nikt mnie nie posłuchał. Nawet ja sama. To co chcę o tym wszystkim powiedzieć jest proste, ale i niewygodne. Najtrudniejsze w narciarstwie, ale i w życiu nie są skręty, prędkość ani upadki. Najtrudniejsze jest przyznanie się, że nie jest się narciarzem. A jeszcze trudniejsze, że wcale nie trzeba nim być. Teraz przynajmniej mam wolne od pracy.
Ostatecznie Margarita wróciła na plażę. Z parasolką, drinkiem i opalonym muskularnym kelnerem. I odtąd, gdy ktoś mówił do niej spróbuj, to nic takiego, uśmiechała się odpowiadała:
- Już raz próbowałam. Mam z tej podroży zdjęcia rentgenowskie i rysy na cerze.
I to był jej największy życiowy zjazd, bo życie jest jak porcelana, zawsze można upaść i się rozbić, zaś do śmierci wszystko jest życiem.
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
***




