Podróżnik Artur Labuda spędza dzisiejszą noc w Zakopanem. Jutro rusza w dalsza drogę. W rozmowie z P24 opowiada o wypadku, w którym skasował quada, o bolących rękach i obolałym ... siedzeniu.
Artur Labudda kilkanaście lat temu w wypadku stracił obie nogi. W połowie lipca rozpoczął swoją wyprawę quadem wzdłuż granic Polski. Niepełnosprawny mężczyzna chce pokonać 4,5 tys. km. Wyruszył z Helu - tam też będzie meta jego podróży. Uważa, że "potrafi zrobić to, co osoba pełnosprawna, tylko zajmuje mu to trochę więcej czasu". Honorowy patronat nad jego wyprawą objął m.in. Komendant Główny Straży Granicznej oraz Generalna Dyrekcja Lasów Państwowych. SG udziela Labuddzie logistycznego wsparcia na trasie. Witamy na Podhalu. Jakieś kłopoty na trasie?Artur Labudda: Teraz wszystko jest w porządku. Niedaleko Bystrzycy Kłodzkiej miałem wypadek. Ktoś wymusił pierwszeństwo. Dosłownie quad został skasowany. Mi na szczęście nic się nie stało. Zadzwoniłem do GSM - firmy, która życzyła mi quada i słyszę "trzeba to zobaczyć". Dotarłem do Tarnowskich Gór. Obejrzeli to co zostało z maszyny i uznali, że będą go tydzień naprawiać. Wtedy szef powiedział, że mam chwilę poczekać, gdzieś zadzwonił i mówi: "masz drugiego, chłopcy właśnie kończą cię przepakowywać. Powiedz tylko skąd chcesz dalej jechać - z Tarnowskich Gór, czy z miejsca, gdzie miałeś wypadek". Wolałem jednak kontynuować podróż z miejsca, gdzie się rozbiłem.
Ale opóźnienie jest...
Artur Labudda: Trzy dni to nie problem.
Co jest największą trudnością na trasie? Samotność?
Artur Labudda: Tak często to nie jestem sam. Czasem towarzyszą mi strażnicy graniczni. Przeszkadza mi raczej to, że nie wszędzie jestem w stanie jechać przy samej granicy. Gdy jechałem wzdłuż Odry - rzeka nie wróciła jeszcze do koryta, do samej drogi dochodziła woda. Poza tym granica jest zarośnięta. Czasem jadę 2-3 km na godzinę. Tak było w rejonie Bogatyni. Przy styku trzech granic polskiej, czeskiej i niemieckiej była tak wysoka trawa, że sięgała powyżej quada. Cudem nie wpadłem do jakieś rzeczki, okazało się, że przypadkiem trafiłem na kładkę, która była zupełnie niewidoczna. Niektóre drogi są w takim stanie, że zastanawiam się, czy ktoś je w ogóle remontuje.
Zmęczenie daje się Panu we znaki?
Artur Labudda: Dziś po raz pierwszy poczułem, że mam słabe ręce. Góry mnie wymęczyły. Pokonałem dziś 87 km. To niedużo, bo dziennie jadę od 120 do 230 km. To 12-14 godzin jazdy. Mój tyłek jest najbardziej poszkodowany. Na quadach można stać, albo amortyzować nogami. Ja nie mam nóg, więc cały ciężar spada na ręce. Opanowałem za to technikę jazdy bokiem. To tak jak dawniej kobiety jeździły konno (śmiech). Za to jak czasem drętwieję, to w trakcie jazdy wykonuję ćwiczenia. Jeśli ktoś za mną jedzie i widzi mój taniec na quadzie... to musi komicznie wyglądać.
Gdzie Pan odpoczywa, śpi.
Co dalej?
Artur Labudda: Przede mną Bieszczady. Z jednej strony mnie to trochę przeraża, ale z drugiej - to będzie chyba najfajniejsze. Zatrzymam się tam trochę dłużej. Skontaktował się ze mną Tomek Święch. Jak sam mówi "maniak quadów". Zaoferował gościnę.
Dziękuję za rozmowę i powodzenia życzę.
Artur Labudda: Nie dziękuję, żeby nie zapeszyć.
---------------------
Z Zakopanego Artur Labudda pojedzie do Szczawnicy, potem przez Muszynę, Przemyśl, Hrubieszów, Terespol, Białowieżę, Sejny, Gołdap, Bartoszyce, Elbląg, Gdańsk na Hel, gdzie zakończy swoją podróż.
Sabina Palka



