Wyjeżdżając pewnego piątku do Warszawy, by odebrać Renault Espace, zastanawiałem się co ja - kierowca o raczej dynamicznych preferencjach - będę robił z dużym samochodem rodzinnym? Pięciodniowa randka z Espace zweryfikowała moje wątpliwości.
Model, który otrzymaliśmy do testu miał bardzo ostry „makijaż” w postaci okleiny à la bolid F1. Jako fan naturalności byłem w pierwszym momencie niezadowolony. Jednak obserwując życzliwe reakcje innych uczestników ruchu – zmieniłem zdanie. Abstrahując od niestandardowego wizażu, Espace to jeden z najładniejszych aut w swojej klasie. Linie nadwozia są ostre, wpisują się w charakterystyczną dla Renault stylistykę. Auto wygląda klarownie, znacznie lepiej od wersji „krótkiej”, w której nienaturalnie mały zwis tylny psuje nieco ogólne wrażenie. Z tyłu dach wieńczy spojler stworzony z belek bagażnika dachowego: świetny pomysł!Wewnątrz najbardziej rzuca się w oczy to, co oznacza nazwa modelu: przestrzeń. Przestrzeń, która sama w sobie jest ogromna, a jej wrażenie potęguje jeszcze daleko do przodu wysunięta czołowa szyba oraz prosta deska rozdzielcza. Chociaż „prosta” to w tym przypadku spory eufemizm. Przy wyłączonym silniku na kokpicie nie ma praktycznie nic. Wchodzę (tak, do Espace się wchodzi, nie wsiada), a po krótkim „witaj!” na wyświetlaczu pojawia się instrukcja, bym wcisnął hamulec i nacisnął przycisk „start/stop”. Zwykle nie ulegam kobietom, ale takiej prośby nie sposób nie spełnić. Cichy szum silnika rozbrzmiewa w kabinie, a na centralnym wyświetlaczu pojawia się cyfrowy zestaw wskaźników. Czy na dłuższą metę będzie to czytelne? Okaże się. Zapinam pasy (inaczej „Przestrzeń” będzie na mnie krzyczała) i ruszam w kierunku wyjazdu z parkingu Renault. Ochroniarz pokazuje mi dwa wyjazdy. Wybieram szerszy, bo jak tu zmieścić się w wąskiej uliczce takim potworem?Wyjeżdżam z podporządkowanej, kierowca Laguny – widząc „samochód Kubicy” – uprzejmie mnie wypuszcza. Ja – niezgodnie z ustawą Prawo o Ruchu Drogowym, ale zgodnie z zasadami kultury na drodze – chcę podziękować mu „awaryjnymi”. Ale gdzie one są?! Po kilku sekundach nerwowych poszukiwań – rezygnuję. Nie podoba mi się to. Otwierając schowek dostaję się do „panelu sterowania” i ustawiam nawigację na Nowy Targ. Mapa okazuje się czytelna, ale przemiły damski głos prowadzi mnie w języku angielskim. Jak tu pokochać kogoś, kto mówi do mnie w obcym języku? Z powodu korków poruszam się po Warszawie w żółwim tempie. Przez remonty pasy ruchu są naprawdę wąskie, jadę bardzo ostrożnie, mam wrażenie, że się nie mieszczę. Nie, to nie jest auto dla mnie.
Wyjeżdżam na drogę krajową. 175 KM daje o sobie znać. Auto spokojnie nabiera prędkości, jest dynamiczne na każdym biegu. Wskaźniki okazują się być czytelne, przyciski świateł awaryjnych cudownie znajdują się w sąsiedztwie lusterka wewnętrznego. W kabinie panuje błoga cisza pozwalająca cieszyć się niezłym zestawem audio, którego każda funkcja daje się zmienić ergonomicznym dżojstikiem przy kierownicy. Niedoskonałości polskich „autostrad” są rekompensowane przez fantastycznie zestrojone zawieszenie oraz bardzo wygodne fotele. Nieufność jednak pozostaje. Jak taki duży i komfortowy samochód będzie zachowywał się w ciasnych zakrętach? Moje ostatnie doświadczenia z nieco mniejszym samochodem innego francuskiego producenta sugerowały, że dynamiczna jazda po wirażach nie będzie bezpieczna. „Zakopianka” nie nadaje się do szybkiej jazdy, toteż następnego dnia wieczorem zaplanowałem wycieczkę w Bieszczady. Pętla Bieszczadzka daje doskonałe warunki do przetestowania zawieszenia.
„Moja Espace” znowu mnie zaskoczyła! Dzięki ksenonowym reflektorom i fotochromatycznemu lusterku wewnętrznemu jazda w nocy jest przyjemnością. Podświetlenie wskaźników daje się przyciemnić jednym przełącznikiem, co jeszcze bardziej polepsza komfort obserwacji drogi. Im ciaśniejsze i ostrzejsze robiły się zakręty, tym większym zaufaniem darzyłem Espace. Samochód nie przechyla się zbytnio, jest bardzo stabilny i wyczuwalny. Kiedy kierowca ulegnie dostępnej od niecałych dwóch tysięcy obrotów sporej mocy dwulitrowego diesla i przesadzi z prędkością – system ESP bardzo dyskretnie i nie nachalnie przywoła go do porządku i pomoże wyprowadzić samochód z zakrętu. Kiedy zaś wracając po północy, zmęczony, nie będziesz miał ochoty na szaleństwa – znowu docenisz komfortowe zawieszenie, a Twoje plecy – fantastyczne fotele. Przy pełnym obciążeniu samochód zachowuje się tak samo dobrze, a silnik zdaje się nie zauważać zwiększenia masy.
Czy „Przestrzeń” jest wymagającą partnerką? Tak. Nie wymaga umiejętności i potrafi bardzo wiele wybaczyć. Wymaga natomiast sporego portfela. Na początku, z takim wyposażeniem, jakie otrzymał nasz model (m.in. ksenonowe reflektory, szklany dach, system DVD) trzeba za nią zapłacić około 160 tysięcy złotych… Później na paliwie też oszczędzać nie będziemy. Przy spokojnej jeździe można „zejść” delikatnie poniżej 8 litrów na 100 km. Korzystając z pełni mocy osiągniemy nawet 12 litrów…
Garść faktów
Renault Espace to pierwszy w Europie, a wg niektórych także na świecie, samochód z nadwoziem typu van. Wprowadzony do produkcji w 1984 roku duży, jednobryłowy samochód osobowy nie doczekał się konkurentów na Starym Lądzie, podczas gdy w USA triumfy święcił Chrysler Voyager i jego „bliźniaki”. Dopiero w 1994 roku, za czasów drugiej generacji Espace, koncern PSA zaczął produkować dla niego rywala. Aktualny model to czwarte już Espace. Innowacyjna stylistyka, ogromna przestrzeń wewnątrz, dobre właściwości jezdne powodują, że samochód jest często widywany na naszych drogach.
Testowy Espace to wersja SL25 z silnikiem 2.0 dCi 175 KM, kosztująca 146 tysięcy złotych. Dodatkowo był wyposażony w pakiet widoczność (biksenony ze spryskiwaczami i fotochromatyczne lusterko wewnętrzne), czujnik deszczu, zestaw DVD i elektrycznie sterowany dach panoramiczny. Po dodaniu opcji cena wzrasta do niecałych 160 tysięcy. Czy warto? Naszym zdaniem – tak.
Tekst Sebastian / sebastian@ratmed.pl / Motoryzacja Podhale24
Zdjęcia Piotr Korczak
Filmik Teresa Korczak


























Oczywiście za chwilkę pewnie wyskoczy tu kupa komentarzy ze nie kupuje się samochodów na F, a Renault to już w ogóle się nie nadaje. Proponuję spędzić jeden dzień za kierownicą któregoś z nowych modeli tej marki - zmiana zdania na lepsze gwarantowana. Oczywiście awaryjność jest, jak zawsze. Dziś salonowe samochody najróżniejszych marek stoją w serwisach z różnych powodów, nawet błahych. Oczywiście na temat awaryjności również można się rozpisywać, ale to tak przy okazji ;))