27.01.2026, 08:00 | czytano: 433

Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "O sąsiadce Kozie..."

Portret Andrzeja Finkelstina autorstwa Sylwii Marszałek-Jeneralczyk
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "O sąsiadce Kozie...".
Moje Podróże Autobusikiem - O sąsiadce Kozie...
/Fantastico Chico Blanco/
Opowieść prawdziwa, choć wygląda jak halucynacja po spożyciu kwaśnicy z Krupówek z czymś... A jednak.

Latem Zakopane puchnie. Nie tylko latem, zawsze. Zimą może nawet jeszcze bardziej, ale inaczej. Nie tak normalnie jak balon napełniany helem, ono puchnie jak ciało po ugryzieniu opętanej osy. Ludzie są wszędzie, na chodnikach, na ulicach, czasem nawet na sobie nawzajem. A autobusy, nie dość, że są diabelnie spóźnione, to pękają w szwach jak serca romantyków po pierwszej zdradzie. Zakopane w sezonie przypomina rozgrzaną do czerwoności patelnię, na której smażą się turyści, kierowcy i resztki zdrowego rozsądku.

Czyli wiemy już, że w naszej historii mamy szczyt sezonu w Zakopanem. Słońce wisi nad Giewontem jak wielka szakszuka, co niechybnie oznacza nadciagający Halny a ludzie krążą po mieście niczym karakony na dopingu. Jak jeden zniknie to drugi zaraz wyrasta spod ziemi, nie opędzisz się od tego. Potok masy czekoladopodobnej w budkach z goframi, potok ludzi na ulicach i potok frustracji na twarzach kierowców. Kierowców miejscowych i tych przyjezdnych.

W całym tym zgiełku nasz bohater, nieugięty właściciel gumowego słupka przed domem, człek zasadniczo spokojny, obdarzony niewinnym emploi i jednocześnie skazany w tych warunkach na katastrofę, ale przede wszystkim baranek idący na spotkanie z wilkiem, wsiada na dworcu do autobusu komunikacji miejskiej. O dziwo, udaje mu się zdobyć siedzenie, co w Zakopanem w sezonie jest mniej więcej tak samo prawdopodobne jak trafienie szóstki w totka. Powinien zatem zagrać, może się mu poszczęści. Przysuwa się do okna, odetchnąwszy z ulgą, lecz los przewidział dla niego rozrywkę o klasę wyższą niż zwykłe oglądanie tłumów. Los uczynił rzecz przewrotną. Tymczasem obok niego umościł się mężczyzna z fryzurą sugerującą wysoki poziom testosteronu, ale zachowywał się jakby ten poziom był tak niski jak PKB Lichtensteinu, cokolwiek by to miało znaczyć i usilnie pracował nad swoim inteligentnym wyrazem twarzy zerkając w swoje odbicie w oknie, bo reszty i tak nie mógł zmienić. Wyglądał na Niemca, co w tej sytuacji stanowiło dla niego barierę ochronną.

I oto, naprzeciw, po uprzednim przegonieniu pary nastolatków zasiadła Koza. A SIO, MŁODZIEŻY, WY TO JESZCZE ZDĄŻYCIE POSIEDZIEĆ! Nastolatki odskoczyły zaskoczone, jakby Koza była jeleniem na rykowisku. Tak, to była ta Koza. Ta z sąsiedztwa. Istna hybryda energii i oderwania od rzeczywistości. Usiadła z pluskiem, który mógł sugerować, że jej ciało jest wykonane z nieznanej półpłynnej masy, choć była chuda jak patyk i wydawało się, że kości powinny jej raczej zazgrzytać. Kobieta o oczach, które widzą wszystko i nic jednocześnie. Przebiegła i wścibska jak kamera z monitoringu, a przy tym tak cudownie zagubiona, że człowiek nie wie, czy uciekać, czy współczuć. Ta Koza, istota z pogranicza mitologii sąsiedzkiej i anegdot, jakaś przedziwna krzyżówka człowieka i satelity szpiegowskiej, która wszystko powtarza, ale nigdy w takiej formie, jak było oryginalnie. Kobieta, której spojrzenie przenikało człowieka na wylot. No i w tym miejscu wypada zaznaczyć, że Koza to mocno starsza pani, nie zaś tam jakiś dzielnicowy podlotek.

Nasz bohater poznał ją dosyć dobrze, bowiem podczas obowiązkowych spacerów z psem, był regularnie atakowany jej inicjatywami. Bo Koza nie pytała o pogodę. Koza zadawała pytania, które naruszały nie tylko sferę prywatną, ale i prawa fizyki. A że mówiła niezbyt wyraźnie i była głuchawa to i nasz bohater musiał się czasem nieźle ponaginać, żeby zrozumieć jej przesłania.

Autobus rusza, ludzie się kołyszą. Prowadzi ten kierowca co wcześniej woził cysterną mleko do mleczarni. Podobno czasem dowoził maślankę. I wtedy Koza wbija w naszego bohatera swój dziki wzrok, jakby miała zamiar zajrzeć mu do duszy, a potem, sądząc po minie, może nawet do nerek. Przekrzywiła głowę, zmierzyła bohatera spojrzeniem, które mogłoby spowodować zapłon, gdyby tylko miało dostęp do jakiegoś wyładowania elektrycznego.

- Pan, proszę pana, to podobny jest do takiego jednego mojego sąsiada, co to ma biszkoptowego kundla! - oznajmiła donośnie na cały autobus, o dziwo ze sporą dozą wyraźności.

Zapada cisza. Taka cisza, w której słychać jedynie zapachy. Nasz bohater wie, że jedynym sąsiadem z biszkoptowym kundlem jest on sam. Od zawsze, a przynajmniej od czasu, od kiedy ma biszkoptowego kundla i mieszka trzy domy dalej. Oddycha powoli, jak człowiek, który wie, że ma do czynienia z materiałem wybuchowym.

- A może to ja jestem tym sąsiadem? - zapytał cicho i spokojnie, jakby składał ofiarę z rozsądku.

Koza wybucha śmiechem, takim trochę pierwotnym, trochę kozim, aż zawirowało jej górne uzupełnienie protetyczne. Szybko jednak poprawiła je językiem.

- A gdzie tam! Ale skądże! Pan jest od niego... trochę inny! Pan to ma taką twarz... taką... nie taką!

W tym momencie absurd nabiera rozpędu jak turyści schodzący w klapakach wzdłuż kolejki na Gubałówkę po ulewnym deszczu. Koza zaczyna snuć opowieść o tym, czym różni się jej sąsiad od naszego bohatera. Według niej tamten ma inną minę, inny sposób siadania i nie nosi TAKIEJ TWARZY. Cały autobus słucha i nikt nie wie, o jaką twarz chodzi. Koza nie precyzuje, a w jej oczach każda twarz jest tymczasowa, prowizoryczna i niewiarygodna. Ludzie śmieją się, bo Koza opowiada rzeczy tak fantastyczne, że połowa pasażerów zastanawia się, czy nie wzięli przypadkiem udziału w ukrytej kamerze albo w jakimś sezonowym performansie. Według Kozy sąsiad miał inny sposób ubierania butów, inny styl patrzenia na świat, jakoś tak szerzej, a przede wszystkim inaczej siadał na fotelu. Nikt nie wiedział, jak można inaczej siadać na fotelu i skąd niby Koza miałaby to wiedzieć. Franz Kafka by to wiedział, ale ludzie w autobusie przecież nim nie byli. Naturalnie jednak w tym przypadku byli również ofiarami. A nasz bohater, jak na gentlemana przystało, nadal tak do końca nie przyznawał się, że jest sąsiadem Kozy. Bo po co? Skoro Koza i tak wie lepiej. Niech szuka dalej. Może kiedyś znajdzie odpowiedź. Chociaż wyglądało na to, że ją już znalazła i ewentualna polemika mogłaby być nieskuteczna.

Na szczęście dla naszego bohatera autobus zatrzymał się i wsiadła nowa pasażerka. Drobna kobieta z plecaczkiem, która wyglądała, jakby przez pomyłkę znalazła się na planie komedii u Barei, w której przecież nie planowała występować. Nie miała zielonego pojęcia, że wchodzi na scenę spektaklu społecznego jako jedna z drugoplanowych, ale ważnych postaci. Większość z nas zazwyczaj woli być niewidzialnym widzem i ona zapewne również.

Cóż, pechowo zwolniło się miejsce obok Kozy. Biedna kobieta, oczywiście niczego nieświadoma, popełniła błąd życia i na nim usiadła. Błąd, który w podręcznikach o przetrwaniu powinien być oznaczony czerwonym kolorem z wykrzyknikiem. Koza od razu obróciła głowę, niczym reflektor na więziennej wieży i jeszcze bardziej ożywiła się, jakby ktoś jej podpiął nowy akumulator.

- To pani w góry przyjechała? Po butach widzę!
- A... nie... To buty trekkingowe. Chodzę w nich po mieście, bo są wygodne - odpowiada lekko skonsternowana i zawstydzona dosyć nachalnym i głośnym zachowaniem Kozy.
Koza tymczasem ani na krok nie ustępuje. Zaczyna ją bombardować pytaniami, jakby prowadziła talk show.

- A skąd pani przyjechała?
- Z Warszawy... właściwie to mieszkam pod Warszawą.
- Gdzie? W Konstancinie?
- Nie... nie... - próbuje uniknąć odpowiedzi kobieta.
- W domu czy w bloku?
- W domu. Takim na osiedlu.
- To macie jakieś gospodarstwo?

Każde pytanie jest coraz bardziej absurdalne a dialog stopniowo zaczyna przypominać grę w ping ponga, jakby Koza układała w głowie metafizyczną mapę ludzkiej tożsamości z naciskiem na zwierzęta gospodarskie i ich zastosowanie.

- Nie... To zwykłe osiedle. Mamy tyko psy, koty... A zwierzęta gospodarskie raczej w formie... no, łopatki wieprzowej albo tatara.

Autobus ryczy ze śmiechu. Kierowca nawet lekko zjechał na pobocze, bo widocznie prowadzenie w płaczu nie jest łatwe. Kobieta spod Warszawy, w obawie, że zostanie przepytana jeszcze o strukturę gleby pod swoim domem, wyskakuje na najbliższym przystanku przy targowicy. Udało jej się wyskoczyć zanim Koza zaczęła dociekać, ile lat ma jej teściowa i jakiej płci ma dzieci i czy w ogóle jej ma.

Po tej spektakularnej ucieczce Koza rozgląda się, szukając kolejnej ofiary. Ale ludzie, niczym wiedzione instynktem samozachowawczym stado antylop, tworzą wokół niej kordon bezpieczeństwa. Wszyscy stoją, byle nie siedzieć obok niej. Boją się głośno oddychać. Stoją wpatrzeni w nicość i modlą się byle jej wzrok nie padł na nich. Zapada błoga cisza, tak niecodzienna i rzadka w komunikacji publicznej. Koza pozbawiona rozmówcy tymczasowo milknie jak wyłączone radio i jedzie otoczona barierą ludzkiego strachu i udawanej uprzejmości a milczenie jest jak balsam, jak wakacje od myślenia. Autobus toczy się a pasażerowie wreszcie swobodniej oddychają. Ulga w powietrzu jest tak gęsta, że można by ją kroić. Dojeżdżają wreszcie do przystanku.

Bohater wstaje i wysiada. Koza również. Na chodniku rzuciła mu finałowe spojrzenie. I wtedy jej twarz rozjaśniła się czymś, co mogłoby być olśnieniem, gdyby nie było histerią.

- O rety. Przecież pan to mój sąsiad! Ten od biszkoptowego kundla! Jezus Maria, to pan!?

Zrywa się i w panice umyka w kierunku przeciwnym od kierunku domu, jakby sam diabeł powiedział jej, masz kila sekund przewagi, uciekaj. Pogubiła się babka. Bohater tylko wzruszył ramionami i popatrzył za nią spokojnie. Wrócił rozbawiony do domu, gdzie biszkoptowy kundel, jak Bóg przykazał, czekał na niego, machając ogonem i ujadając głośno na powitanie, lekko obrażony, że jego opiekun ma przygody bez niego.

Jeszcze tego samego dnia Koza rozpowiedziała wszystkim, że spotkała w autobusie kogoś bardzo podobnego do swojego sąsiada, ale jednak zupełnie innego. I że byłby z niego porządny chłop, gdyby nie to, że ma ZA BARDZO TAKĄ TWARZ, cokolwiek by to nie oznaczało.

A puenta? Warto czasem udawać, że nie jest się sobą. Zwłaszcza gdy alternatywą jest debata publiczna z Kozą. Bo w życiu bywa, tak jak w zatłoczonym zakopiańskim autobusie, trzeba uważać, komu zdradza się swoją tożsamość a najwięcej spokoju zyskują ci, którzy wiedzą, kiedy siedzieć cicho, kiedy wysiąść i kiedy udawać, że nie mają biszkoptowego kundla. Czasem lepiej być kimkolwiek niż sobą.

***
Może Cię zainteresować
zobacz także
Może Cię zainteresować
Zobacz pełną wersję podhale24.pl